Obserwuję to regularnie: mężczyzna, czterdzieści kilka lat, siedzi w tramwaju z piwem lub małpką. Nie jest agresywny, nie jest głośny. Po prostu pije. A wieczorem – według znajomych wzorców z grup i komentarzy w sieci – pisze gdzieś, że kobiety nie chcą prawdziwych mężczyzn i że nie ma już miłości.
To nie jest przypadkowe zestawienie. Alkohol w przestrzeni publicznej to nie tylko kwestia łamania norm – to sygnał behawioralny. Substancja używana jako regulator emocjonalny, często przez osoby, które nie wykształciły innych strategii radzenia sobie z napięciem, odrzuceniem czy pustką. A pustka po rozpadzie związku, po „wypadnięciu” z rodziny, po utracie roli społecznej – to jeden z najsilniejszych stresorów u mężczyzn w tym przedziale wiekowym.
Problem nie leży w tym, że piją publicznie. Problem leży w tym, że nikt ich nie nauczył, co robić z bólem inaczej niż go znieczulać. I że zamiast szukać pomocy, szukają winnych – najczęściej w kobietach, w „systemie”, w zmienionym świecie. Alkohol tymczasem robi swoje: wzmacnia poczucie skrzywdzenia i blokuje zdolność do zmiany.
Jako behawiorysta widzę tu klasyczny wzorzec unikania. Nie konfrontacji z problemem, lecz ucieczki od bodźca – w tym przypadku od własnej samotności.


