Lekcja z Krakowa, której nikt nie chce odrobić

 

Jest taki schemat w polskiej polityce lokalnej, który pojawia się z zadziwiającą regularnością. Ktoś składa wniosek o referendum w sprawie odwołania władz miasta. Władze wpadają w panikę. I zamiast pokazać, co przez ostatnie lata zrobiły dobrego dla mieszkańców, zaczynają robić coś zgoła innego – namawiać własnych wyborców, żeby po prostu nie przyszli do urn.

Strategia pozornie logiczna. Referendum jest ważne tylko wtedy, gdy frekwencja przekroczy określony próg. Jeśli wyborcy nie przyjdą – referendum przepada. Władze zostają na stanowiskach. Wszyscy wracają do domu. Koniec historii.

Tylko że to nie jest koniec historii. To jej najgorszy możliwy rozdział.

Dlaczego to działa odwrotnie?

Kraków pokazał to dobitnie. Gdy politycy publicznie odradzają udział w głosowaniu – nawet własnym zwolennikom – wysyłają jeden bardzo czytelny sygnał: nie mamy czym się bronić. Mieszkańcy, nawet ci dotąd lojalni, zaczynają się zastanawiać, dlaczego ich głos jest niebezpieczny dla tych, których popierają. I bardzo często dochodzą do nieprzyjemnych dla władzy wniosków.

Bojkot referendum jako strategia obrony to polityczne przyznanie się do słabości. Zamiast mobilizować, demoralizuje własne zaplecze. Zamiast budować narrację sukcesu, tworzy narrację ucieczki.

Co powinno się zrobić zamiast tego?

Odpowiedź jest właściwie prosta, choć wymaga czegoś, czego wielu politykom dramatycznie brakuje – odwagi i przygotowania.

Jeśli ktoś składa wniosek o odwołanie, to jest to sygnał do działania, nie do chowania głowy w piasek. Należy:

  • Zebrać konkretne dane: ile inwestycji, ile miejsc pracy, jakie projekty, co się zmieniło

  • Pokazać się mieszkańcom – nie w kampanijnym stylu, ale w stylu sprawozdania z pracy

  • Zaprosić wyborców do głosowania i wygrać to referendum uczciwie, tzn. przez frekwencję po swojej stronie

Wygrana w referendum, w którym wzięli udział Twoi wyborcy i potwierdzili zaufanie – to mandat. Uniknięcie referendum przez bojkot – to przeżycie, nie zwycięstwo.

Polska polityka lokalna i jej ślepe plamki

To, co obserwujemy, to głębszy problem. Polscy politycy lokalni bardzo często traktują urząd jako stan posiadania, a nie jako misję czasową z rozliczeniem. Referendum o odwołanie jawi się im jako zamach, a nie jako narzędzie demokracji. Dlatego pierwszym odruchem jest obrona pozycji, a nie komunikacja z wyborcami.

Tymczasem wyborcy są mądrzejsi niż im się wydaje. Widzą, kiedy ktoś się chowa. Widzą, kiedy zamiast argumentów pojawia się apel o niebranie udziału w głosowaniu. I bardzo dobrze zapamiętują, kto im powiedział, że ich głos jest problemem.

Kraków to nie był wypadek przy pracy. To był podręcznikowy przykład tego, jak nie zarządzać kryzysem zaufania. Szkoda, że podręcznik ten leży nieczytany na półkach w kolejnych ratuszach w Polsce.

Leave a Reply